MODA DZIECIĘCA

Wakacje nad polskim morzem ? – Nie, dziękuję !

Kiedy byłam młodsza, regularnie wyjeżdżałam na kolonie nad polskie morze. Tam przezywałam swoje pierwsze zauroczenia, pierwsze złamane serca i przyjaźnie którym dawało się szanse przetrwania do następnych wakacji. Morze to był dla mnie nagrzany piasek, gorąca kukurydza jedzona rękami na plaży, pływające meduzy, smak słonej wody w na wargach i włosach. Zachody słońca, spacery na molo i kolorowe dmuchane materace do wody do kupienia na pobliskiej promenadzie. Hitem był dmuchany żółty banan do pływania z logo Chiquita. Drogi jak nie wiem, więc z zazdrością patrzyłam na szczęśliwych posiadaczy. Boszsz jak ja wtedy o nim marzyłam….

Kilkanaście lat poźniej, wakacje dwukrotnie spędzałam u koleżanki w Gdyni. Cztery młode, beztroskie kobiety, które samego morza zapamiętały akurat najmniej. Były Szanty, śpiewanie nocą na plaży, półmetrowe zapiekanki. Jednym słowem, wino, kobiety i śpiew. Oj działo się wtedy, na długo w pamięci te spotkania zostały, chociaż dzisiaj z lekkim rozbawieniem i niemałym wstydem oglądam zdjęcia z tamtych dni 🙂 No cóż, młodość ma swoje prawa.

Dwa lata temu, już jako Matka Polka i kochanka, zapakowałam całą ferajnę do auta i pędząc z wózkiem dziecięcym umocowanym na dachu gdyż w bagażniku już zabrakło na niego miejsca, zajechaliśmy do Jastrzębiej Góry. I się zaczęło. Najpierw były schody-męczarnia. Jakieś pińcet w te i wewte, targaj więc wózek jak Ci się wakacji nad morzem zachciało. Przepychanka między parawanami, tak ustawionymi że dotarcie do wody zajmuje kilka minut. Pozostaje więc lawirowanie między głowami innych, bo miejsca strategiczne, przy samym morzu, zajęte już od wschodu słońca. Zawsze mi się wydawało, że parawan chroni od wiatru, a nie służy do robienia sobie działeczki. Rodzina 4 osobowa – a parawanów z pięć. Chyba, żeby im te dzieci nie pouciekały. W jednym kącie radio z dico aż podskakuje od głośnego odtwarzania, z boku papierosek, a między tym spod innego parawanu  „Halina podajże to piwo z reklamówki…”. Kibelka brak, nawet zwykłego Toy Toya, więc każdy do tego pięknego lasu pędzi, bo komu by się chciało te pińcet schodów pokonać, skoro szybciej i bliżej można w dodatku za darmoszkę. Po południu, wszyscy jak jeden mąż rzucają się na pobliskie bary, zostawiając of course większość dobytku za swoją fortecą na plaży. Kolejka, parno, duszno, drogo, nie zawsze smacznie….Oczywiście pozostaje własna kuchnia, obieranie ziemniaków w pocie czoła i struganie marchewki na zupę, wolną ręką mieszając makaron. Tyle, że jak śniadanie i kolację bez problemu sobie przyrządzę, to ja nie po to na urlop jadę raz w roku, aby przez cały tydzień jeszcze przy garach stać. Pogoda w kratkę, na Helu pizgało tak, że moje dziecko w kurtce i czapce zimowej w środku sierpnia siedziało, jednak ogólnie dni słonecznych było ciut więcej, więc nawet opaleni wróciliśmy.

Rok póżniej, wybraliśmy się do Karwi, nie wiem co nas podkusiło, bo dwa miesiące wcześniej byliśmy na Fuercie oraz Korfu. Akurat w tym czasie swoje wakacje nad morzem spędzali nasi znajomi z dziećmi, więc wyszliśmy z założenia, że jak jest towarzystwo dobre, to i pogoda nie będzie problemem. Karwia okazała się mikroskopijną mieściną, z jednym chodnikiem pełnym ludzi, brakiem jakichkolwiek atrakcji, infrastruktury dla dzieci, placów zabaw. Nie będę już pisać o skandalicznych warunkach (chociaż na zdjęciach prezentowało się całkiem inaczej), bo sama byłam świadoma, że jedziemy na „gotowe” – czyli dokoptujemy się do wolnego pokoju, w miejscu gdzie zatrzymali się znajomi. Nie będę pisać, że spałam na jednym łóżku z dzieckiem, za które właściciel policzył 100% (za 2- letnie dziecko…) a Pan Tata spał na rozkładanym zydelku, mając po jego rozłożeniu własne nogi w lodówce. Nie pomogła piękna plaża, dwie minuty od kwatery, skoro przez cały tydzień na głowę lał mi deszcz. Ale żeby kutfa nawet nie było miejsca, coby dupsko posadzić i się napić z rozpaczy…..Być może to by pomogło i nie musiałabym tulić w nocy muszli klozetowej na zmianę z Panem Tatą, modląc się tylko o to aby moje dziecko nie zachorowało też. Nie wspomnę też o podróżach do szpitala, bo dzieci znajomych złapały wirusa i nie obeszło się bez ich hospitalizacji. Brudno, chłodno, zimno, wszyscy porzygani i chorzy. Dlatego nie wróciliśmy na drugi dzień ? Bo wpadliśmy na genialny pomysł, jechać z Krakowa i wracać Pendolino, więc bilety powrotne mieliśmy już wykupione, poza tym tliła się jeszcze nadzieja, że może słońce się zlituje i się pojawi na dłużej niż godzina dziennie. Podróż powrotna w godnych warunkach, była jedyną miłą rzeczą jaka nas wtedy spotkała….Wierzcie mi, kiedy wróciłam do domu, od progu całowałam płytki ze szczęścia, dziękując Bogu, że jestem w swoim czystym, pachnącym domu i śpię na dużym wygodnym łóżku w świeżej pościeli. Wtedy szala goryczy się przelała i raz na zawsze wyleczyłam się z wakacji nad Bałtykiem. Oczywiście mogłam wybrać sobie hotel, z atrakcjami, krytym basenem i pełnym wyżywieniem, tylko że w sezonie kosztowało by nas to tyle, co nasze czerwcowe wakacje w Grecji. Wolę cały rok odkładać, omawiając sobie kupowania kolejnych niepotrzebnych mi zupełnie rzeczy i cieszyć się piękną pogodą, czystą wodą, pijąc kolorowe drinki ładuję baterie na następne 12 miesięcy….Wydam tyle samo, co przez dwa tygodnie nad morzem, gdzie sam obiad dla 4 osobowej rodziny, to już większy wydatek, a wiadomo jak to jest z dziećmi, tu loda, tam gorfa, tu kolorowa pierdółka z każdego straganu na promenadzie….

Jeśli mam marznąć to już wolę to robić w przytulnym domu z bieszczadach, pijąc gorącą herbatę na tarasie. Nie dla mnie łażenie nogami po zimnym piachu i krioterapia w morzu……

T- shirt – Mango / Spodenki – F&F lumpeks 

You Might Also Like

1 Comment

  • Reply
    Andżela
    8 września 2017 at 17:44

    Mimo wszystko kocham Polskie morze 😉

  • Dodaj komentarz

    %d bloggers like this: